O więzi pokoleniowej w łowiectwie

SAM POCZĄTEK

Byłem chłopcem. Ojciec… pamiętam Go z tamtego okresu jako bardzo silnego mężczyznę. Upartego, zaciętego, zdecydowanego, niezmiernie kochającego swą rodzinę. Było nas pięcioro mieszkaliśmy razem w bloku przy jednej z głównych ulic Gdańska. właściwie to „kręgosłup komunikacyjny ” Trójmiasta – Aleja Grunwaldzka. Dwie starsze siostry, rodzice i ja – zakała rodziny. Ojciec – inżynier – dopiero wiele lat później dowiedziałem się, jak bardzo zasłużoną postacią był dla techniki polskiej (twórca pierwszych sztucznych lodowisk, autor planu sieci ciepłowniczej miasta Gdańska, mentor wielu inżynierów) miał hobby. Polował. Czasem znikał z domu ubrany w śmieszne, dziwnie pachnące wojskowe ubranie, z pasem amunicyjnym i sowiecką dubeltówką kalibru 16 – nazywaną przez Niego po prostu „strzelbą”. Nie był wielkim myśliwym. Czasem przyniósł zająca, czasem kaczuszki, czasem bekasa. Czasów, gdy polował na piżmaki nie pamiętam, nie było mnie wtedy na świecie. Po okropnościach wojny, wyroku, ucieczce, kilkuletnim ukrywaniu się mógł w miarę swobodnie żyć. Założył rodzinę. Pozwolono mu (nie bez problemów) na zakup broni myśliwskiej. Ja przyszedłem na świat jako ostatnie z dzieci i jako jedyny męski potomek rodu. Strzelby nie wolno mi było dotykać. Tylko czasem, pod okiem Ojca. Pozwalał mi ją czyścić. Pucowałem lufy, kolbę i czółenko godzinami. I zbierałem łuski od nabojów. Tekturowe tutki o charakterystycznym, ostrym zapachu spalonego prochu. Czasem, gdy jeździliśmy w Bory Tucholskie na grzyby – Tata polował na dzikie kaczki. Zawsze i niezmiennie na uroczysku Białe Błota. Gdy miałem lat dwanaście zaczął mnie zabierać na polowania indywidualne i zbiorowe. Chodziłem w nagance. Próbował mi wytłumaczyć, dlaczego nigdy nie zaopatrzył się w sztucer. Dziś chyba go rozumiem. To tęsknota za wyrównanymi szansami w potyczce: człowiek – zwierzyna. A potem szok stanu wojennego, broń oddana do depozytu. Dziś jeszcze amunicję trzymam w woreczku, na którym flamastrem napisane jest imię i nazwisko Ojca – w tym woreczku przekazywał amunicję do milicyjnego depozytu wieczorem 13 grudnia 1981 roku. Przyszła choroba. Zapalenie stawów uniemożliwiło Mu polowanie. Trzeba było pozbyć się broni. Fikcyjna umowa kupna sprzedaży zawarta z polującym przyjacielem. I ta rzeczywista – jeśli kiedyś Piotr zechce…Minęło kilkanaście lat. Zadane przez Pana Zdzicha od niechcenia pytanie – jest u mnie strzelba twojego Ojca. Nie chcesz polować? Chciałem. Nie patrząc na odległość – 120 km do łowiska, awantury w domu, kpiny tych życzliwych i potępienie wojujących pseudoekologów odbyłem staż, zdałem egzaminy i w sierpniu 1999 roku zostałem pełnoprawnym myśliwym – członkiem Koła Łowieckiego Knieja w Kwidzynie. Koła z tradycjami i z osiągnięciami hodowlanymi. Koła, w którym dane mi było doświadczyć wielu wspaniałych przeżyć, poznać wartościowych ludzi. Mojego Koła. Z „tatową strzelbą” długo polowałem w dorosłym życiu, z czasem, kupiłem sobie inną broń, a poczciwa szesnastka użyczana przeze mnie służyła z błogosławieństwem świętego Huberta młodym myśliwym, wprowadzanym przeze mnie w świat łowiecki. Ojciec odszedł w marcu 2005 roku. Ja zaś mam wciąż nieodparte wrażenie, że zarówno w pracy jak i w kniei jest bardzo blisko mnie. Bo pewnie jest.

PK

ilustr. „Z tatą na kaczkach” autor nieznany, USA.