Humor i łacina myśliwska

Zawżdy dla zdrowia dobrego trzeba serca wesołego

Facecje polskie 1624 r.

Łacina myśliwska – zmyślone, zupełnie fantastyczne opowiadania myśliwskie, zapewne pojawiły się wówczas, gdy odbyły się pierwsze na Ziemi łowy. Zawsze bowiem byli ci wtajemniczeni i ci, którzy nie mając o łowach pojęcia chętnie słuchali o nich opowieści, a przez swoją naiwność i łatwowierność dostarczali przedniej uciechy zgromadzonym myśliwym: Ten typowo myśliwski humor był zawsze popularny i przetrwał do naszych czasów.

Łacina myśliwska powstawała zawsze ad hoc. Gdy po całodziennym wysiłku zebrała się myśliwska kompania i gdy w głowach zaszumiał wypity w cieple ogniska miód, zaczynały się myśliwskie opowieści. Treść ich zależała wyłącznie od fantazji autora. Bawiły one wszystkich, ale niestety szybko je zapominano. W epoce renesansu, we fraszkach, anegdotach czy epigramatach pojawiły się także elementy łaciny myśliwskiej. Dzięki temu, nieprawdopodobne opowiadania myśliwych, przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie, znalazły dla siebie miejsce także w utworach literackich. W latach 1570-80, dwóch sąsiadów przez miedzę, będących równocześnie sędziami lubelskiego trybunału – Stanisław Pszonka i Piotr Kaszowski, postanowili przydać blasku i wesołości codziennemu życiu i powołali sławną Rzeczpospolitą Babińską, czyli towarzystwo wzajemnej wymiany myśli i toastów, spełnianych najprzedniejszymi trunkami.

Aby zostać urzędnikiem albo dygnitarzem Rzeczpospolitej Babińskiej trzeba się było wykazać przednimi dowcipami. Jakież to było pole do popisu dla myśliwskiej łaciny! Nie trzeba więc było długo czekać, aby w „regestrze urzędników babińskich” zaczęli pojawiać się strzelcy i łowczowie, jak na przykład: ,,Jegomość pan Krzysztof Ziemacki, cześnik babiński, powiedział, iż u jegomości pana Ożarowskiego, ojca małżonki jego, jest strzelec, co jednym strzeleniem po kopie i więcej kaczek dzikich zabija i często mu się tego trafia. Co urząd babiński in acta referować kazał jako urzędnika zacnego dictum”.

„Tegoż roku 1654 dnia 18 października. Jegomość pan Józef Birski powiedział, że czasu jednego upatrzył jadąc komara na dębie, nogą się lewą skrobiącego, któremu z ruśnice postrzelił. Gdy komar z drzewa spadał wszystkie gałęzie na dębie otłukł i potem skórę z niego zdjąwszy skarbny wóz nią obił, a mięso powędziwszy onym przez czas oblężenia zbaraskiego sobie z czeladzią wychował. Co Rzeczpospolita uważając i do dalszych urzędów jegomościa zachęcając, strzelcem babińskim jegomościa mieć chce, drogi do dalszych urzędów nie zagradzając”.

Jak wszystko w życiu – przeminęła i świetność Rzeczpospolitej Babińskiej, pozostała po niej tylko kultywowana czasami tradycja, że wystarczy popisać się wątpliwej jakości myśliwską wiedzą, by łowiecki posiąść urząd. Najświetniejszym okresem rozkwitu myśliwskiej łaciny był wiek XVII. Jednym z cenniejszych utworów odwołujących się do tego typu opowieści były wydane w 1615 roku Fraszki nowe sowizdrzałowe Jana z Kijas. W rozdziale pod tytułem Myślistwo sowizdrzałowe autor pisze:

„(…) raz szedłem z łukiem na kaczki i wystrzeliłem na kaczkę, a w tem zabiłem i kaczora podle niej, a szukając strzały, znalazłem szczukę tak wielką przy brzegu, której ona strzała przez łeb przebiegła. A onę strzałę nalazłem na wierzbie utknęła, gdym ją wyrwał, rzucił się miód z onej wierzby, bo tam pszczoły od kilku lat nosiły. A nie chcąc onego miodu wypuścić, chciałem trawy urwać, zatknąć i porwałem zająca za uszy, który tam był usnął. A myśląc co z nim czynić uderzyłem go o ziemię i potłukłem kuropatwy, które tam siedziały, anim ich widział.

To wszystko zabrawszy przyniosłem do panów konfederatów, czemu się oni bardzo cudzili… kontentując się moim myślistwem…”.

W gronie myśliwych, zawsze znajdowali się wybitni ,,łacinnicy”, którzy zawsze byli mile widziani i chętnie słuchani.

No podstawie książki „Tradycje i zwyczaje łowieckie” – Marek Piotr Krzemień

Obraz: Adolf Eberle