Koniec Poezji

Myślistwo to sztuka czekania, a to czekanie jest zawsze pełne poezji, magicznych doznań, rozrachunków z samym sobą i Wszechświatem. Na polowaniu ważą się losy naszych związków z ludźmi, ewentualnych zakupów i rozstrzygają się dylematy egzystencjalne na miarę szekspirowskiego „być albo nie być”. Wiele decyzji zapada właśnie wtedy, gdy tkwimy gdzieś samotnie pośród leniwego krajobrazu czując jedność z uniwersum i próbujemy wyłączyć wszystkie problemy, którymi żyjemy na codzień. To wszystko, co nas trapi staje się odległe, bo teraz jesteśmy na łowach, w jedności z naturą i to jest ten moment, że jesteśmy jeszcze bardziej jej częścią niż zwykle. Nasze umysły wchodzą na inne częstotliwości, a stępione przez miejski zgiełk zmysły wyostrzają się. Jesteśmy prawdziwymi łowcami – takimi samymi jak tysiące pokoleń łowców przed nami i jedyne, co nas różni od nich to technologia, która usprawnia i uskutecznia nasze pierwotne instynkty. Zastygamy jak drapieżniki skryte gdzieś na wysokościach lub w zaroślach. Stajemy się czystymi zmysłami.
I ta poezja niczym romantyczne mgły i babie lata nagle poprzez jedną decyzję przeistacza się w najprozaiczniejszą prozę. Granicą jest nacisk palca na subtelny i czuły spust, a potem zaraz huk wystrzału niesiony przez przestrzenie. Od tego momentu zaczyna się praca. Jest jeszcze chwilka na zadumę, pożegnanie życia – to te ostatnie chwilki poetyczne. Potem trzeba mieć dużo siły i dobry sposób, a czasami dobrych kolegów, którzy pomogą odnaleźć po ciemku upolowaną sztukę lub zapakować ją do samochodu. Powrót do domu to zaledwie połowa sukcesu, bo gdy już wniesiemy upolowanego zwierza do mieszkania należy natychmiast zająć się przeistoczeniem go w zgrabne kawałeczki mięsa – precyzyjnie, aby niczego nie zmarnować. Wtedy nie ma już bajecznych myśli, marzeń, a tylko koncentracja na właściwym dzieleniu tuszy i ostrości narzędzi. Zbliża się północ, rozmodlony pies z glutem do ziemi trwa w swej cierpliwości bacząc na każdy nasz ruch i ukradkowe spojrzenie. Dla niego zawsze jest nagroda. Nawet, gdy nie był z nami tego dnia na łowach. Świat zastyga gdzieś w oczekiwaniu, gdy my walczymy w milczeniu tnąc, dzieląc i pakując. Myśli są wyłączone, a ciało domaga się poduszki, ale my walczymy zawsze do końca dbając o gospodarność i porządek. Potem nie ma już żadnych myśli. Odpływamy w inny wymiar śniąc znowu nasze marzenia i planując kolejną ucieczkę w poezję.

Jan Fyt – „Martwa natura z zającem i ptakami” (1640, Museum of Fine Arts Budapest)