Ta noc była wyjątkowo chłodna. Zapomniałam już, że noce bywają chłodne i niedługo staną się po prostu zimne, a ja znowu poowijam się wełnami i futrami idąc w łowisko. Plan na dzisiejszą wyprawę nie był ambonowy. Mieliśmy przysiąść w zaroślach na wcześniej ustalonych pozycjach i czatować na zmierzające ku zielonym enklawom rogacze.
– Patrz, tam bieży bambi – mruknęłam.
– To chyba koza – zamyślił się kolega.
– Ależ nie, widziałam ukoronowany łepek. To na pewno koziołek.
– To w takim razie pora ruszyć. Twój bambi już tam idzie. Połamania, Artemiśka!
Mój towarzysz łowów wysadził mnie przy polnej drodze. Jeszcze przez moment błysnęły mi światła Frontery i zostałam sama z nocą, świeżo zaoranym polem i ogromną remizą, w której nieśmiało zaczynało budzić się życie. Kiedyś tak bardzo bałam się ciemności, ale odkąd poluję, wszystko stało się inne. Jestem uważniejsza, wyostrzyły mi się zmysły i częściej spływa na mnie spokój. Żyję dużo wolniej i coraz więcej dostrzegam. Nie boję się już nocy. Skradając się niemal po indiańsku wędrowałam wzdłuż mojej remizy do miejsca przeznaczenia, które wydawało mi się dużo bardziej oddalone, niż było w rzeczywistości. Nocą wszystko wygląda inaczej, zwłaszcza, gdy Księżyc chowa swoje oblicze za chmurami. Nocą wszystkie koty są czarne… Zdjęłam mój plecak do zadań specjalnych, rozłożyłam mój malutki stołeczek, oparłam broń o pastorał i… Mimo otaczających ciemności poczułam taką błogą jedność z otaczającym światem – tę cudowną harmonię, której próżno szukać w rozświetlonych metropoliach. I mogłabym tak trwać przez wieczność aż wrosłabym we wszystkie poplątane krzewy za moimi plecami i stała się jednym z nich. Oddychaj, Miśka… Odetchnęłam, ale mój nos wyczuł ten znajomy dziwny zapach, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. Ani chybi, za moimi plecami w remizie oprócz koziołka muszą być też dziki. Najwyraźniej uśpione i leniwe, ale są na pewno. Ponownie zatopiłam się we własnych myślach i jedności z naturą, gdy nagle raptem może dziesięć metrów ode mnie rozległ się szelest i jakaś lunarna istota westchnęła, a następnie ruszyła truchtem przez pole. Podniosłam lornetkę – to był całkiem spory pojedynek. Najpewniej niezadowolony z mojej obecności postanowił zmienić lokum. Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić zniknął za pagórkiem. Zamknęłam oczy i pogrążyłam się w półsennym czuwaniu. Niebo na wschodzie pojaśniało, nadchodził świt. Za moimi plecami rozległo się leniwe poszczekiwanie. Stary cwaniak chwilkę pomarudził i zaległa cisza. Gdzieś na polach tuż pod słupem wysokiego napięcia poruszył się rudy płomyk – to była siuta ze swoim koźlęciem radośnie brykającym wokół mamy. Ruszyły w moją stronę, ale nie dostrzegły mnie podążając wgłąb mojej remizy. I zaczęło się. Po chwili z kukurydzy wyłoniły się kolejne sarny – tym razem koza wiodła bliźnięta, potem pojawiła się kolejna. Słońce wybuchło światłem i wszystko stało się niemal pomarańczowe. Jaki nuklearny świt – pomyślało mi się. I w tym momencie wśród tej światłości lunął deszcz. Sarny były już tak blisko, gdy mnie dostrzegły. Chwilka konsternacji, niepewność w pięknych oczach i ucieczka. To nie był jednak koniec spotkań. W mojej kieszeni zawibrował sms – to mój towarzysz łowów informował, że idzie ku mnie kozioł i za chwilkę powinien wyjść z kukurydzy. Szedł niefrasobliwie prosto na mnie. Zerknęłam w lunetę i wtedy zobaczył mnie. Młody widłaczek podszedł z ciekawości niemal na dwadzieścia metrów przyglądając mi się w zdumieniu, tak jak to mają w zwyczaju młodziutkie rogacze. Pokazał mi się niemal z każdej strony, cofnął się, aby znowu zawrócić. Wreszcie przystanął na pagórku. Odłożyłam broń. Nie było kulochwytu, a poza tym ten młodzieniaszek za rok może być mocnym wartościowym samcem, zatem niechaj wzrasta i zostawia swoje geny w okolicy. Na pewno jeszcze się kiedyś spotkamy, bo nic za wszelką cenę. Myślistwo to hodowla i powinniśmy hodować mądrze. Czekałam jeszcze chwilę na cwaniaka z remizy, ale on nie miał zamiaru ujawniać się, a lato tak pysznie wybuchło nawłocią. Skoro nie wracam z koziołkiem to przynajmniej nazbieram ziół i będę cieszyć się nimi. To jest właśnie cała magia myśliwskiego życia – korzystanie w pełni z tego, co daje nam Matka Natura. Wędrując za zwierzyną objadam się przepysznymi jeżynami, zbieram zioła, grzyby czy kwiaty. I nawet gdy nie upoluję sobie obiadu to moim trofeum staje się bukiet nawłoci, wrotyczu czy świeżej mięty. Osobiście uzbierana herbatka smakuje zupełnie inaczej. I dzisiaj zrobię sobie zaczarowane naleśniki z kwiatami nawłoci…
Miśka Starowicz
#łowczynimetafizyczna
Obraz: Leon Wyczółkowski




