Noc na polach

Całonocne łowy to zen dla duszy. To zawsze jest czas wyciszenia i poszukiwań w najbardziej zapomnianych zakamarkach serca. To jest reset umysłu. Bycie samej ze sobą tak w pełni zadając pytania i wsłuchując się w odpowiedzi. Harmonia.
Wiedziałam, że tam, gdzie zostanę tej nocy mogę spotkać tylko jednego tajemniczego kozła, który zeszłego tygodnia przemknął mi późnym wieczorem jak duch i rozpłynął się w pszenicznym oceanie. Tym razem postanowiłam zostać na polach do rana prowadząc dyskurs z wiatrem i próbując odnaleźć się od nowa.
Ten wieczór był inny niż zwykle. Niebo było niespokojne, gniewało się, a wiatr zwiastował burzę. Ocean pszenicy pode mną zafalował gwałtownie, a świat rozbłysł. Moja mała apokalipsa. Pod amboną fale poruszyły się znów odkrywając milczący profil kozła ducha. Trwał przez moment nieruchomo, a potem zniknął w zbożu. Zawsze czułam, że w kozłach jest coś mrocznego i dziwnego. Niebo zapłakało obficie. Księżyc ukrył się gdzieś daleko ode mnie. Zwinęłam się w kłębek na wąskiej desce, otuliłam śpiworem i natychmiast odpłynęłam. Zbudziłam się jeszcze kilka razy nasłuchując uważnie, ale prócz szeptów wiatru, kropel uderzających o dach ambony i bicia serca nie słyszałam nic. Okazuje się, że jednak mam serce. Wróciło do mnie jakimś dziwnym trafem. Znowu mogę je czuć i słyszeć. A przecież demony nie mają serc… Ocknęłam się po trzeciej w nocy. Świat zaczynał pomalutku kolejny dzień. Zapach i cisza, a potem nieśmiałe cichutkie zapytanie ptaszęcia gdzieś w oddali. Potem drugie, trzecie i zaczęła się to poranne ptasie szaleństwo – nieustannie narastający gwar dnia powszedniego. Kozioł duch był już pewnie daleko. Zapakowałam moje wszystkie utensylia i ruszyłam przez emanujący dziczą wonią zagajnik w stronę drogi. W taki mokry poranek wszystko pochowało się w gąszczach. Mój towarzysz łowów nadjechał w tym momencie i podążyliśmy w kolejne dzikie zakątki licząc na poranne spotkanie z rogaczami. Rozdzieliliśmy się jak zwykle, aby nie wchodzić sobie w paradę. Poszłam w swoje miejsca, gdzie ostatnio wyśledziłam trzy rogacze i kozę. Niebo ponownie zapłakało, a ja wspięłam się na ambonę pośród koniczyny, aby nie zmoknąć. Gdy deszcz ustał z tarnin wyjrzał nieśmiało koziołek. Niewielki, pięknie rudo wybarwiony. Spojrzałam w lornetkę, ale nie byłam pewna. Wzięłam sztucer i spojrzałam przez lunetę. To dzieciak w pierwszej głowie, z bielutką plamką wietrznikową przy chrapkach i niewielkich blisko siebie osadzonych parostkach. Prawdziwy Bambi z kreskówki – delikatny i nieco niefrasobliwy widłaczek. Odłożyłam broń. Niech rośnie zdrowo na mocnego rogacza i zostawia swoje geny. Ciekawe, jaki będzie za rok? O ile przetrwa zimę. Bambi zaszył się znowu w tarninach, a tymczasem z bujnej remizy naprzeciwko wyskoczyła spanikowana stara koza. Dała kilka histerycznych susów po czym zaczęła spokojnie żerować na koniczynowym bezkresie. Wreszcie zniknęła w pożółkłych trawach. Widziałam ją już tam w zeszłym tygodniu. Postanowiłam przejść się wśród pól. Tam, kawałek dalej widziałam w zeszłym tygodniu starego ostrożnego rogacza… Ale nie było już saren. Były agresywne i napastliwe pomioty szatana w liczbie przekraczającej moje wyobrażenie. Repellent okazał się zbyteczny. Jestem święcie przekonana, że dobry Bóg nie stworzył komarów i końskich much. To niewątpliwie dzieło Ciemności, aby uprzykrzyć życie normalnym istotom. W erze wymierania gatunków niestety te wampiry mają się doskonale, a przecież mogłyby wyginąć. Nie płakałabym. Chyba nikt nie płakałby, a jaskółki mogą jeść muchy – na pewno mają więcej białka.
Uciekłam do samochodu.
Koniec polowania.
Głowa uporządkowana, serce spokojne.

Autor tekstu i zdjęcia: Łowczyni Metafizyczna

https://www.facebook.com/polskimysliwy/posts/2609376739328155?__tn__=K-R