Miłość i śmierć

Jelenie nierozłącznie wiążą się tradycją łowiecką. Od mitu św. Huberta przez niezliczone dzieła literackie, obrazy na trwałe wpisały się w mentalność Polaków, nawet tych, którzy nie mają nic wspólnego z łowiectwem.
Opinia publiczna epatowana jest ostatnio przestrogami przed myśliwymi, którzy strzelają do jeleni w okresie godowym. Jak zwykle jest to wybiórcze potraktowanie problemu. Niewiele jest informacji o zmienności poroża, sylwetki, trybu bytowania, zmiany kondycji i wagi samców jeleni, które zmieniają się w ciągu roku. Dla myśliwych w okresie rykowiska następuje kumulacja uwypuklenia cech pozwalających na prawidłową ocenę osobnika przed oddaniem strzału. Kula raz wypuszczona z lufy sztucera nie może być zawrócona. Nie da się sposobem wędkarskim wyjąć pocisku z tuszy jelenia niczym haczyk i wypuścić go z powrotem do łowiska. Kluczowa jest możliwość oceny przed oddaniem strzału.
Gospodarowanie łowieckie nie pozastawia dowolności w polowaniu na jelenie. Myśliwy chcąc strzelać do samców zwierzyny płowej musi przez 3 lata być członkiem PZŁ. Niezbędne jest też uzyskanie uprawnień selekcjonerskich, poprzedzonych odpowiednim szkoleniem i zdaniem egzaminu państwowego. Uzyskanie uprawnień wiąże się ze zdobyciem dużej wiedzy, jednak ludzie z dużą wiedzą i doświadczeniem świadomi są zmienności w przyrodzie i polują na jelenie gdy prawidłowa ocena jest nie tyle łatwiejsza, co w ogóle możliwa.
Często jest tak, że spektakl rozgrywający się na śródleśnych polanach, przepełnia doznaniami, które nie sposób opisać. Obserwując jelenie w tym czasie zapomnieć można o broni i powołaniu myśliwskim.

Opowieść karpacka
„Góry przymglone dymiły siwą kurzawą chmur. Gdzieś w dole szumiał potok… A z dala, jak przeciągły grzmot, rozbrzmiewał ryk jeleni. W dole pasł się nieulękniony – byk, jeleń wspaniały, dumny władca chmary, składającej się z pięciu słodkookich i tkliwych łań. W sercu gór na godach miłości nie drżał on ani przed zazdrością rywali, ani przed podstępem zwierząt drapieżnych: ludzi i wilków… Stara łania, opiekunka stada, strzegła go bowiem dniem i nocą. Skoro tylko pojawił się w okolicy wilk, szary rozbójnik wirchów, już o tym wiedziała. Ostrzegał ją najlżejszy powiew wiaterku, przynoszący do nozdrzy ostry zapach czającego się zwierza. A gdy myśliwiec ruszył o świcie na odstrzał ryczącego byka i ścieżką górską dążył po zdobycz, znów powiew poranny, niedostrzegalne niemal tchnienie mówiło starej łani: strzeż się, wróg blisko. Zwracała wówczas baczny wzrok ku gęstwinom, a gdy Nieulękniony rykiem głosił swą miłość – ona na jedną chwilę nie zapomniała o tym, iż bezpieczeństwo chmary od niej zależy. Krótko, chrapliwie chrząkała, po czym całe stado jak lawina lecących w przepaść kamieni ruszało w dół, w czarną otchłań puszczy jodłowej. Nieulękniony zazdrośnie okrążał swe łanie. Na głos rywali nie raczył nawet odpowiadać. Z rzadka jedynie odezwał się grubym stęknięciem… Nie straszył, jak to czyniła młodzież. Świadomy był swojej mocy niepożytej i swojego bezspornego władztwa w karpackiej kniei. Gdy zaś natręt zbyt blisko podchodził do jego płowych i płochych miłośnic, rzucał mu jedno z tych spojrzeń, które groźniejsze są od ryku – i natręt cofał się w gęstwiny. A kiedy zbliżyły się przypadkiem dwie chmary, dwa byki podchodziły wówczas ku sobie z wolna, ryczały gniewnie, stawały majestatycznie, zbliżały się jeszcze, by potem godnie wrócić do łań i zniknąć wraz z nimi w gąszczu płonących buków i mrocznych jaworów. 
Nie zawsze jednak bywało tak spokojnie. Pamiętał, jak przybył z dalekich gór południa, jak szedł głodny i umęczony, pragnący miłości, gnany namiętnością, aż dotarł do tych połonin, wirchów i roztok, na których ujrzał wreszcie płowe stado, strzeżone przez starego byka. Walczyli krwawo, aż powalił dawnego władcę na kolana. Zrozumiał stary byk, że walkę przegrał. Zerwał się i umknął co sił, najpierw całym pędem, potem coraz wolniej, opuszczając miejsce swoich triumfów, dawnej chwały i szczęśliwości. Pozwolił mu odejść. Postąpił za nim jedynie parę kroków wyzywająco i majestatycznie. Po czym wrócił do łań i głośnym rykiem obwieścił borom i potokom, iż wstąpił we wszystkie prawa swego poprzednika i władcą jest, i królem, i mocarzem niezwyciężonym. A płowe i płoche, słodkookie, łagodne łanie pasły się wówczas spokojnie, jakby nie o nie szedł śmiertelny bój. Od tego czasu życie jego płynęło w spokoju i radościach. Łanie darzyły go wierną miłością, rywale mijali trwożnie jego ostoje, w dziewiczym mateczniku pełno było zimnych, rozkosznych latem kąpielisk i słonych lizawek, i rudych tłokowisk, które były miejscem miłosnych godów jelenich. I zdawało się, że cisza taka i spokój trwać będą zawsze w tej rajskiej krainie, dziko pięknej i groźnie rozkosznej.
Aż pewnego wrześniowego poranku pojawił się w ostępie karpackim przybysz z daleka, byk gruby i siwy, o potężnym wieńcu, spragniony miłości i walki. Nie głosił gromkim rykiem o swym przybyciu i o swej mocy. Nie groził rywalom i nie wyzywał do walki całego świata. Zjawił się cicho, we mgle, jak sen. Przybył, węsząc świeże, ciepłe jeszcze tropy płowego haremu i szedł śladem łań i śladem ich władcy, aż dotarł do polany, na której Nieustraszony przebywał ze swoją chmarą. Nieustraszony pasł się, wydając z rzadka grube stęknięcie, nie będące wyzwaniem do boju niegodnych, ale raczej ostrzeżeniem dla nich, iż tu przebywa władca kniei, koronowany wspaniałym wieńcem o dwudziestu gałęziach. A wtem posłyszał szelest. Spojrzał i zdumiał się ujrzawszy za perłową mgłą jelenia stojącego na szczycie. Gęsta mgła wyolbrzymiała jego postać. Byk potwornie wielki, majestatyczny, stał nieruchomo. Nieustraszony pojął od razu, że ma przed sobą groźnego przeciwnika, z którym będzie musiał stoczyć walkę na śmierć i życie. Pojął, że tu chodzi nie o groźby i strachy, ale o panowanie nad stadem. Powoli, bardzo wolno ruszył naprzeciw przybysza. Tamten również bez pośpiechu począł się zbliżać. Gdy zaś dzieląca ich przestrzeń zmalała, uderzyły na siebie i zwarły się z łoskotem jak dwa bloki skalne, jak dwie lawiny, jak dwie burze, aż grom poszedł echem po rozłogach i górach. I poczęły mocować się i zmagać, tłuc w siebie, walić, grzmocić, bić. Czasem wieńce rozdzielały się, a każdy byk usiłował wówczas zadać przeciwnikowi cios z boku. I znów następowało zderzenie rozgłośne, i nowe ciosy, nowe razy, nowe szamotania. Groza tej sceny miała w sobie czar przedziwny, urok śmiertelny… Miłość bowiem i śmierć, dwie siły, którym nie masz równych, rozpostarły swoje władne skrzydła nad zapaśnikami. Już polanę zbroczyła pierwsza krew. Jej ostra won upiła byki, rzuciła na nie szaleństwo, zapaliła w nich taką wściekłość, taką żądzę mordu, iż jedynie śmierć przeciwnika mogła nasycić ten dziki i drapieżny głód. Lecz powoli bój jeleni tężał w zmaganie zapamiętałe, nieustępliwe, bez szamotań i uderzeń, bez napaści i uchyleń. Dwa olbrzymie byki wparły się w siebie porożem, aż ziemia stęknęła pod ich ciężarem… I znieruchomiały, związane ze sobą na śmierć, na zatracenie. Cisza stała się zupełna, tak przeraźliwa, że aż dzwoniąca w uszach. Czasem jedynie suchy liść odrywał się od złocistego buka lub czarnego jaworu i spływał z szelestem jak umarły motyl. Gdy dwaj władcy ostępu bili w siebie oszalałym porożem, że aż leciały skry, gdy szamotali się w dzikim wybuchu zazdrosnej nienawiści, zdawało się, że nie masz ponad to groźniejszego obrazu. A teraz oba byki, bez ruchu stojące, wparte w siebie wieńcami, groźniejsze były jeszcze stokrotnie. Sprężyły się ich żelazne mięśnie, wygięły hartowane grzbiety, schyliły i splątały gałęzie poroży, splątały na wieki. Bo oto, gdy w nagłym odskoku zapragnęły rozdzielić się ze sobą na mgnienie oka, by uderzyć na nowo – splecione wieńce odmówiły im posłuszeństwa. Splecione wieńce trzymały ich, wrogów śmiertelnych, w uścisku, mocniejszym nade wszystko, nad życie i nad śmierć. Nieulęknionych ogarnął lęk, niezwalczonych zwalczyło przerażenie. Poczęły szarpać się boleśnie, beznadziejnie, oszalałe z trwogi, złączone podstępnymi sidłami odnóg. Zastygły w bezruchu z przerażenia. Nie podnieść im już bujnych głów. Nie zniżyć im się do paśnika!… Głodowa śmierć, okrutna śmierć – zamiast ziszczenia miłosnych pożądań. I tępa rozpacz. Spuściły głowy boleśnie, bezsilnie, dwie głowy o pysznych wieńcach, w których czaiła się śmierć. Góry były tak piękne, iż zapomnieć można było o tym, że mają serca kamienne. Opadły bezsilnie głowy sczepionych ze sobą na wieki zapaśników. Zaś słodkookie, płowe, łagodne łanie, śliczne i wdzięczne, pasły się opodal w lubej beztrosce”.

Fragmenty opowiadania z książki „W puszczy – miłość i śmierć” Julian Ejsmond, PIW 1977

Franz Xavier von Pausinger, 1887 Olej na płótnie