Gustave Le Bon pisał, że najlepszą metodą wszczepienia idei w duszę tłumu jest „proste twierdzenie, bez oparcia go o jakiekolwiek rozumowanie”. Te słowa nabierają bolesnej aktualności, gdy czyta się komentarze pod łowieckimi publikacjami.
Widać je wszędzie – pod filmami z polowań, pod zdjęciami z gospodarki łowieckiej, pod postami o tradycji. Te same frazy, jak mantry powtarzane przez różnych ludzi: „mordercy”, „tortury”, „powinniście zniknąć”, „pomylił z dzikiem”. Nie ma tam miejsca na dyskusję o roli myśliwych w ochronie przyrody, o regulacji populacji, o hektarach pól i lasów, które 130 tysięcy polskich myśliwych dogląda każdego dnia. Nie ma też podstaw do rzetelnej rozmowy, skoro przez cały proces edukacji – od podstawówki po studia – młodzi Polacy nie mają żadnej styczności z wiedzą o łowiectwie, jego historycznej roli i ekologicznych funkcjach. Jest tylko proste, mocne twierdzenie – i ono działa.
Komu zależy, by myślistwo zniknęło z naszego krajobrazu? Może tym, dla których człowiek samotnie wędrujący po lesie to zagrożenie? Człowiek, który nie potrzebuje reklam, neonów, bilboardów, który nie przewija bezmyślnie kolejne strony w mediach społecznościowych – który znajduje autentyczny spokój w szumie drzew i śpiewie ptaków – to przecież kiepski klient. Nie kupi nowego smartfona tylko dlatego, że algorytm skutecznie namierzył jego słabości. Nie ulegnie presji cyfrowego świata, który każe mu nieustannie się wystawiać na pastwę lajków i komentarzy. Nie wyda pieniędzy na kolejną niepotrzebną rzecz, bo jego szczęście ma inny, głębszy wymiar – wymiar, którego nie da się zmierzyć liczbą followersów ani wartością zakupów. To człowiek, który w codziennym pędzie potrafi odnaleźć ciszę, a w natłoku informacji – prawdę. I może właśnie ta umiejętność oddzielania tego, co ważne, od tego, co tylko głośne, czyni go kimś wyjątkowym we współczesnym świecie.
W miejskiej dżungli i wirtualnej przestrzeni wszystko nieustannie krzyczy: „kup mnie, wydaj, potrzebujesz tego!”. Ekrany smartfonów, komputerów i telewizorów zalewają ludzi potokiem reklam, uproszczonych treści i algorytmicznie dobranych informacji. Każde przewijanie portali społecznościowych, każda powiadomienie, absorbuje resztki uwagi i przyćmiewa zdolność głębszej refleksji. Ludzie są zmęczeni, przytłoczeni tym nieustannym bodźcowym szumem, a wtedy podsuwane im gotowe, proste hasła – także te antyłowieckie – przyjmują jak własne, bez świadomego namysłu. Nie mają już mentalnej przestrzeni ani siły, by weryfikować, czy to, co słyszą i czytają o łowiectwie, to złożona prawda, czy tylko kolejny emocjonalny produkt, który trzeba „kupić” i bezmyślnie udostępnić dalej.
Tymczasem w lesie… W lesie panuje milczenie, które jest głośniejsze niż jakikolwiek miejski zgiełk. Drzewa nie krzyczą reklamowych haseł, nie żądają niczego innego, jak tylko szacunku. Ich szum to odwieczna melodia, która nie próbuje niczego sprzedać, a jedynie uspokoić skołatane nerwy. Śpiew ptaków to czysta, nieskażona komercją radość istnienia, która nie nawołuje do wydawania pieniędzy, lecz do wydobycia z siebie głębszych uczuć. Tu czas nie goni, lecz płynie swoim własnym, odwiecznym rytmem – rytmem wyznaczanym przez wschody i zachody słońca, przez zmieniające się pory roku. Każdy oddech staje się głębszy, każda myśl – bardziej wyrazista. Nawet gdy polowanie nie kończy się sukcesem łowieckim, wraca się do domu z nieocenionym łupem: z głową uporządkowaną przez ciszę, z duszą oczyszczoną z miejskiego chaosu, z sercem lżejszym o ciężar codziennych trosk. To właśnie w tej leśnej samotni odnajduje się przestrzeń dla siebie – przestrzeń, w której można na nowo usłyszeć własne myśli i poczuć swoją prawdziwą naturę.
Ludzie lasu mają ten przywilej, że ich umysł nie jest obciążony presją otoczenia. Może dlatego tak trudno zrozumieć tych, którzy bezrefleksyjnie powtarzają antyłowieckie hasła? Oni nie widzą, że za prostym twierdzeniem często kryje się czyjś interes – byśmy stali się społeczeństwem konsumentów, nie myślicieli.
Le Bon miał rację – tłum przyjmuje proste twierdzenia. Ale myśliwi wiedzą, że prawda nigdy nie jest prosta. Kryje się w tysiącach detali: w śladach bytowania zwierzyny na leśnej ścieżce, w tropach na ponowie, w rysiu, który wrócił w nasze lasy dzięki metodzie „born to be free” wprowadzonej przez myśliwego dr Andrzeja Krzywińskiego.
Może więc naszą bronią w tej wojnie słów powinna być cierpliwość? I wiara, że kiedyś ci, którzy dziś krzyczą, znajdą swój las – miejsce, gdzie w ciszy usłyszą prawdę.
Obraz:
Izaak Lewitan. „Jesień. Myśliwy”. 1880. Olej na płótnie. 93,8 x 68 cm. Twerska Obwodowa Galeria Sztuki. Twer, Rosja.




