W czasach, gdy zaczęto używać broni palnej, szybko zauważono, że celność broni zależy od bardzo wielu czynników. Na strzelbę myśliwską mógł paść urok i dopóki go nie odczyniono, broń chybiała. Odczyniano strzelby pocierając lufy proszkiem sporządzonym z mieszaniny witriolu (stężony kwas siarkowy) i gumy, w czasie gdy słońce stało w znaku Lwa. Ogólnym, powszechnie stosowanym zabiegiem poprawienia skuteczności broni było okadzanie jej dymem z brzozowej huby, w pierwszą niedzielę po nowiu księżyca. Najskuteczniejszym jednak sposobem zapewnienia celności broni był przepis: „Nabij lufę żmiją, pozostaw ją w lufie kilka godzin, a potem strzel w pień starego dębu. Uzyskasz w lufie zimny brand (śniedź, rdza), przez co strzelba twoja będzie biła celniej i ostrzej. „Skuteczniejszy od zimnego brandu, był jednak brand gorący. Żeby zaś go uzyskać należało nabić lufę padalcem, którego po specjalnych zabiegach, wystrzeliwano na drogach krzyżowych Na nic były wymienione wyżej zabiegi gdy postawiło się broń obok miotły, położyło na niewieścim łóżku lub powiesiło koło kożucha białogłowy. Należało również dobrze pilnować używanych do czyszczenia szmat. Gdyby bowiem dostały się one w ręce zazdrosnego człowieka, mógłby on włożyć je do dziupli starego drzewa, a wtedy z czyszczonej nimi broni nie można byłoby już nigdy trafić do celu. Na takie czary był też inny sposób – należało wybierając się na polowanie, włożyć do kieszeni złotą monetę i wtedy nie mogły one myśliwego dosięgnąć. Najlepszym jednak lekarstwem na rzucone na broń uroki jest: „plunąć na strzelbę i położyć ją na ziemi, a matka ziemia czary wyciągnie”.Jerzy Groblewski snuł zaś taką opowieść o przesądach polskich myśliwych: „Chciałem wspomnieć jeszcze jeden myśliwski obyczaj i opowiedzieć przypadek, który będzie ostatnim gwoździem do trumny wrogów przesądu. Wiadomo powszechnie, że gdy raz wybraliśmy się do lasu i zatrzasnęli za sobą drzwi mieszkania, nie należy, broń Boże, wracać nawet dla najważniejszych powodów. Przestrzegam święcie tego przesądu, a że jestem z natury roztargniony i często czegoś zapominam, zdarza się, że idę do lasu bez… jedzenia, bez lornetki, bez kapelusza, a czasami nawet bez… strzelby. Tego pamiętnego dnia uszedłem zaledwie sto kroków i z przerażeniem stwierdziłem, iż nie wziąłem ze sobą ani jednego naboju. Na nic się zdało rozpaczliwe przeszukiwanie wszystkich kieszeni — naboje zostały w domu na stole. Wierny jednak swej zasadzie, ruszyłem dalej, wierząc, że św. Hubert wynagrodzi sowicie moją stałość przekonań. No i nie uszedłem nawet kilometra, gdy w pierwszej buczynie ujrzałem ogromnego odyńca, którego daremnie tropiłem od wielu dni. Kroczył sobie wolno pomiędzy bukami, szturchając raz po raz, jakby od niechcenia, tabakierką w ściółkę. Odległość między nami nie przekraczała pięćdziesięciu metrów — serce ścisnęło mi się boleśnie na myśl o leżących w domu na stole nabojach. Nie mogłem jednak powstrzymać się, żeby chociaż nie zmierzyć do upragnionego zwierza. Złożyłem się więc powoli prowadziłem go na muszce, a w pewnym momencie bezwiednie położyłem palec na spuście. Ku mojemu osłupieniu — strzelba wypaliła, a odyniec, ugodzony śmiertelnie za uchem, znieruchomiał na miejscu! Złośliwi powiedzą, że widocznie nie rozładowałem broni wracając poprzedniego dnia z lasu, ja jednak upieram się przy tym, że według znanego ogólnie przesądu, każda strzelba raz do roku sama strzela…”Ilustr. „Polowanie na dzika” Władysław Chmieliński (Stachowicz) olej, płótno 51 x 71 cm




