Język łowiecki jest spoiwem, który łączy polskich myśliwych. Znajomość terminologii łowieckiej potwierdza wiedzę merytoryczną użytkowników tego języka. Aby propagować jego poprawne stosowanie, wydawano literaturę, która pomagała poznać ten język i zrozumieć jego rolę komunikacyjną. Takie edukacyjne pozycje wydawnicze po II wojnie światowej kierowane były również do młodzieży, zainteresowanej tego typu tematyką. Książka „Ślady na śniegu” Edwarda Kopczyńskiego jest przykładem literatury łowieckiej z końca lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku, której głównymi odbiorcami byli nastolatkowie. Jest to drugi tom trylogii napisanej przez autora, w której skład wchodzą kolejno: „Kłusownik chodzi nocą”, „Ślady na śniegu”, „Egzamin łowiecki”. Autor postanowił, z okazji setnej rocznicy urodzin Edwarda Kopczyńskiego, zanalizować terminy i wyrażenia łowieckie, które pojawiają się w „Śladach na śniegu”. Tytułem wstępu należy stwierdzić, że autor książki umiejętnie wprowadza młodego czytelnika w arkana wielu różniących się od siebie rodzajów polowań, a co za tym idzie – różniącej się od siebie specjalistycznej terminologii, właściwej tylko dla łowów na określony gatunek zwierzyny. W książce opisano polowanie na zające, lisy, wilki, kaczki, kuropatwy, dziki, w tym konkretne metody ówczesnych polowań, które już raczej nie powrócą, np.: z fladrami, z sań, ze świniakiem, z krekuchą. Dla współczesnego czytelnika książka z końca lat sześćdziesiątych XX wieku ma ogromny walor poznawczy – pozwala zapoznać się z dawnymi polowaniami oraz bogatą historią tradycji i kultury łowieckiej w Polsce. Już sam tytuł książki, czyli „Ślady na śniegu”, może wprowadzić w konsternację znawcę tego języka. Czy zestawiając termin „ślady” z białym opadem atmosferycznym, autor na pewno chciał zwrócić uwagę czytelnika na pozostawione przez zwierzynę oznaki bytowania, takie jak: pomiot, farba, pozostałości po czochraniu i czemchaniu? Czy też raczej Edward Kopczyński chce zwrócić uwagę na odciski kończyn zwierzyny, czyli tropy, które odgrywają ważniejszą rolę w samym przygotowaniu do polowania niż ślady? Odpowiedzi na te pytania może dostarczyć analiza treści książki, jak i całej trylogii. Pierwsze pojawienie się terminu „trop” występuje w następującym cytacie (Kopczyński 1969: 65): „– Może obejrzymy tropy? – zaproponował Pętela. – Wydaje mi się, że są dokładnie cztery sztuki”. Musimy tutaj założyć, że cytowany Pętela wie, o czym mówi, gdyż liczbę wilków w watasze można ocenić tylko po tropach, a nie po śladach pozostawionych przez tę zwierzynę. Tym samym dla Pęteli trop oznacza „odcisk nóg zwierzęcia na ziemi lub śniegu” (Hoppe 1969: 221). Natomiast już następne zdanie może wprowadzić czytelnika w zakłopotanie: „– Musi być ich kilka, o tym świadczą ślady, zresztą o tej porze roku zawsze trzymają się w gromadzie, chodzą watahami – dziadek myślał głośno (…)”. Wspomniany powyżej dziadek właściwie potwierdza tutaj słowa Pęteli odnośnie do liczby wilków w watasze. Natomiast mówi o „śladach”, który to termin rozszerza definicję „tropu” także o „znaki na ziemi, drzewach i krzewach pozostawione przez grubego zwierza, np. sierść, farba, połamane gałęzie, odchody” (Hoppe 1969: 214). Takie podejście stwarza ryzyko zamętu, gdyż młody sympatyk łowiectwa może dojść do przekonania, że terminów tych używa się zamiennie, ponieważ tekst sugeruje, że „tropy” i „ślady” mają to samo znaczenie. Obecnie tak nie jest, bowiem słownikowe definicje tych terminów różnią się znacznie. Czym innym są „odciski nóg”, a czym innym „znaki na ziemi, drzewach i krzewach”, które obejmują odciski nóg zwierzyny. Termin „ślady” ma znaczenie szersze niż „tropy”. Jednakże pięćdziesiąt lat temu zasada ta była nagminnie łamana, o czym świadczy chociażby sam Hoppe (1969: 221), który w swoim słowniku dla hasła „trop” podaje termin „ślad” jako synonim. Obecnie te dwa terminy mają różne znaczenia, a więc ich pojęcia są odmienne. Współczesny młody czytelnik może nie do końca zorientować się, jaka zmiana zaszła w języku łowieckim i jakie aktualnie jest precyzyjne znaczenie tych terminów. W przypadku wznowienia książki warto byłoby ją opatrzyć stosownymi przypisami, wyjaśniającymi ewolucyjne zmiany znaczeń terminów łowieckich, jakie zaszły od lat sześćdziesiątych do czasów współczesnych. Edward Kopczyński nie trzyma się kurczowo języka łowieckiego i wprowadza słownictwo ogólnie przyjęte, co jest uzasadnione gatunkiem literackim. Świadczy o tym chociażby poniższy cytat: „Zając spał leżąc na brzuchu, z głową złożoną na wyciągniętych do przodu łapkach, z uszami położonymi na karku, z zamkniętymi oczami” (Kopczyński 1969: 138). Z powyższego cytatu wynika, że autor książki w jednym zdaniu wprowadza znaczną ilość terminów niebędących terminami łowieckimi. A są nimi kolejno: „zając”, „spać”, „leżeć”, „brzuch”, „głowa”, „łapki”, „uszy” i „oczy”. Po czym poniżej edukuje słowami Pęteli młodych sympatyków łowiectwa odnośnie do poprawnej terminologii. Zabieg ten stosowany jest przez wielu pisarzy literatury łowieckiej, nie tylko dla młodzieży, pomimo tego, że gdyby włożyć te słowa w usta myśliwego, to wypowiedź ta uznana byłaby przez jego kolegów po strzelbie za naganną. Autor „Śladów na śniegu” mógł się kierować tym, że swoją książkę adresuje do młodego czytelnika niezaznajomionego z łowiectwem, więc najpierw wprowadza terminologię ogólnie zrozumiałą, aby później wyjaśnić, że ma ona swoje odpowiedniki w terminologii łowieckiej: „A czy wiecie, jak po myśliwsku mówi się o zającu? – Kot! – wykrzyknął Michał. – Oczy zająca to ‘trzeszcze’, nogi ‘skoki’, uszy ‘słuchy’. Jak biegnie, to mówi się, że ‘pomyka’, kiedy posuwa się wolno, ‘kica’, a jak staje na dwóch nóżkach, to ‘robi słupka’(…)?” (Kopczyński 1969: 138-139). Autor udowadnia tutaj, że nie zaniedbuje edukacyjnego charakteru swojej książki, wprowadzając idiomatyczne dla fryca, ale zasadnicze i poprawne terminy, takie jak: „kot”, „trzeszcze”, „skoki”, „słuchy”, „pomykać”, „kicać”, „robić słupka”. Kopczyński edukuje chłopców, tak jak robi to rodzic, wyjaśniając dzieciom znaczenie nowych, trudniejszych, jeszcze nieopanowanych przez nie wyrazów. W „Śladach na śniegu” pojawiają się typowe terminy łowieckie, chociażby: „naganka” (np. s. 40), „mierzyć” (np. s. 55) czy „fladry” (np. s. 64), których autor książki nie objaśnia, uważając je za oczywiste. Niektóre z nich zostały wyjaśnione w pierwszym tomie trylogii, co także mogło wpłynąć na decyzję autora, by ich nie objaśniać po raz drugi. Należy bowiem pamiętać, że w czasach komunistycznych cykle i trylogie były subskrybowane. Korzystano także z bibliotek, gdzie bibliotekarz informował o kolejności czytania poszczególnych tomów. Kopczyński pisał drugi tom serii dla osób, które przeczytały już pierwszą część przygód Michała, jego dziadka i Pęteli. Może to także oznaczać, i rzeczywiście oznacza, że część tej terminologii była w powszechnym użyciu, przeniknęła do słownictwa wszystkich użytkowników języka polskiego, a nie tylko osób zainteresowanych polowaniami. Przykładem tego niech będzie następujący cytat: „Trwało to wszystko bardzo krótko, Zygmunt był już za połową boiska, znów ‘kiwnął’ zabiegającego mu drogę przeciwnika, znów ciągnął z piłką przy nodze na bramkę konkurencyjnej drużyny” (Kopczyński 1969: 19). W powyższym zdaniu czasownik „ciągnąć” wywodzi się z języka łowieckiego i oznacza spokojny ruch przemieszczającej się zwierzyny (Hoppe 1969: 32). Tutaj natomiast, czasownik ten opisuje ruch zawodnika z piłką w grze zespołowej. Jednakże jego istota, czyli samo przemieszczanie się, jest tutaj zachowane. Dlatego też należy zaznaczyć, że z dużym prawdopodobieństwem sam Edward Kopczyński, używając tegoż czasownika w tym konkretnym zdaniu, mógł być nieświadomy jego pochodzenia. Natomiast bardziej hermetyczne terminy są opatrywane komentarzem dla klarowności przekazu. Komentarze te bywają rozbudowane, na przykład: „(…) dziadek myślał głośno, a widząc, że chłopcy nie rozumieją słowa ‘wataha’, objaśnił: – Wilki w lecie trzymają się parami, wychowują młode, które tego roku się urodziły, a w zimie łączą się w gromady po kilka, nieraz po kilkanaście sztuk, polują razem. Takie wilcze gromady to właśnie watahy, rozumiecie?” (Kopczyński 1969: 65). Jak i komentarze zupełnie lakoniczne, ale wystarczająco wyjaśniające znaczenie danego terminu: „Stryj urządzał polowanie z krekuchą – kaczką, która służyła za wabia” (Kopczyński 1969: 153). Kopczyński (1969) przestrzega naturalności i prostoty języka łowieckiego, które to cechy prof. Aleksandra Matulewska (2018: 145) nazywa „ekonomiką języka specjalistycznego”, którego to ekonomika „objawia się także tym, że tworzy on krótsze alternatywne nazwy”. Przykładowo wilki, które nie wiodą samotniczego trybu życia, „trzymają się parami” (s. 65) lub „trzymają się w gromadach, chodzą watahami” (s. 161), a gdy drapieżnik ten traci z jakichś powodów zainteresowanie do swojego terytorium, po prostu „wynosi się” z niego (s. 82-83, 105). Podobnie wyrażenie „brać [lub wziąć] miot” (np. s. 160) w najprostszy możliwy sposób sygnalizuje pracę naganki, która „pędzi zwierzynę z miotu (leśnego) lub zakładu (polnego) w kierunku myśliwych” (Hoppe 1969: 106). Taka ekonomika wynika z konieczności skutecznego komunikowania się w toku polowania i ewidentnie wpływa na “szybkość i precyzję przekazu” (Matulewska 2018: 145).Jednakże autorowi omawianej książki zdarzyło się zastosować wyrażenia sprzeciwiające się zasadzie prostoty tegoż języka. Otóż w następującym fragmencie: „(…) [wilki] musiałyby wyjść na przestrzeń odkrytą dla oka myśliwych (…)” (Kopczyński 1969: 96-97), zamiast użyć typowego dla języka ogólnego wyrażenia „na przestrzeń odkrytą”, można było wstawić typowo myśliwskie sformułowanie „na czyste”, które oznacza dokładnie to samo („czyste” – „odsłonięte, niezarośnięte miejsce w łowisku”) (Szałapak 2004: 20). Podobnie dzieje się w następującym zdaniu: „W miejscu, w którym myśliwy postrzelił dzika, odgrzebali śnieg i jeszcze raz dokładnie obejrzeli farbę” (Kopczyński 1969: 175). Zamiast dość przydługiego fragmentu: „w miejscu, w którym myśliwy postrzelił dzika”, można było użyć krótkiego i naturalnego dla myśliwych wyrażenia „na zestrzale” i osiągnąć to samo znaczenie („zestrzał” – „miejsce znajdowania się sztuki zwierzyny w momencie otrzymania kuli”) (Szałapak 2004: 154). Wydawać by się mogło, że pisarz ten niepotrzebnie komplikuje sobie tekst, co może być wynikiem braku znajomości wspomnianej wyżej terminologii. Ale bardziej prawdopodobne jest, że nie chciał zmęczyć młodego czytelnika nadmiarem terminologii specjalistycznej i zabieg ten był wynikiem strategii uczenia krok po kroku – przez wprowadzanie kolejnych terminów i wyrażeń w poszczególnych tomach cyklu. Należy zaznaczyć, że nadmiar terminologii łowieckiej w książce skierowanej do czytelników należących do konkretnej grupy wiekowej – młodzieży – mógłby mieć efekt odwrotny do zamierzonego. Zamiast zachęcić do łowiectwa i zyskać mu przyszłych sympatyków, po kilku stronach znużyłby ciągłymi i moralizatorsko-dydaktycznymi wyjaśnieniami terminologii. Jednocześnie, wkładając w usta bohaterów mniej lub bardziej poprawne terminy i wyrażenia, nadawał bohaterom autentyczności i ujawniał ich cechy (pochodzenie, wykształcenie, przynależność do klas społecznych itd.). Należy tez pamiętać, że Kopczyński pisał i wydawał swoje książki w czasach cenzury. Niektóre zmiany treści, w tym także terminologii, mogły być wynikiem pracy cenzora, na którego ingerencję każdy autor, chcący opublikować swoją pracę, musiał się w tamtym okresie godzić. Ze względu na ograniczoną ilość miejsca przeznaczonego na publikację, autor artykułu zakończy na tym swoje opracowanie. Nie oznacza to jednak, że wyczerpał on temat terminologii łowieckiej w omawianej książce. Warto byłoby tutaj wspomnieć chociażby o stosowanych eufemizmach, o antropomorfizacji zwierzyny, o nieprecyzyjnym, a nawet obecnie już błędnym użyciu słownictwa łowieckiego, o zapożyczeniach, powiedzeniach i onomatopejach użytych w książce Edwarda Kopczyńskiego. Sporo miejsca można by także poświęcić charakterystycznemu opisowi ruchu zwierzyny, przedstawianiu zwierząt łownych, jak i samemu pięknu języka łowieckiego. Literatura Gwiazdowicz Dariusz J. (red.), Kultura łowiecka, Oficyna Wydawnicza „Forest”, 2018Hoppe Stanisław, Słownik języka łowieckiego, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1970Kopczyński Edward, Ślady na śniegu, Wydawnictwo Łódzkie, 1978, wydanie trzecie Matulewska Aleksandra, Specyfika języka łowieckiego [w:] Kultura łowiecka, Oficyna Wydawnicza „Forest”, 2018Szałapak Edward, Słownik myśliwego, Wydawnictwo AMIA, 2004.
Ilustr. Alfred Wierusz- Kowalski ” Wilki zimą”, olej, płótno 85,5 x 131 cm.




