Poranek pokory

Taka emocjonująca była ta pierwsza sobota w nowym, lepszym roku. Udany podchód, chwile zwątpienia i radosne zdziwienie. Jednak oko mam dobre, a brneńska staruszeczka nadal jest celna. Nie wróciłam samotnie. Tyle saren na polach, że można przebierać jak w ulęgałkach. Kocham te styczniowe polukrowane srebrzyste świty. Zimowe łowy mają ogromny urok właśnie przez te zjawiskowe srebra lśniące na polach. Zachęcona sobotnim sukcesem ruszyłam ponownie w łowisko niemal pewna, że wszystkie okoliczności sprzyjają, a łowy teraz będą tak dziecinnie proste z powodu tego bajecznego urodzaju zwierzyny i jej dostępności niemal wszędzie, gdzie tylko spojrzę. Ruszyliśmy jeszcze wcześniej niż ostatnio, aby być w łowisku tuż przed przebudzeniem całego czworonogiego towarzystwa i znaleźć sobie dobre miejsca otulając się porannym półmrokiem. Rozdzieliliśmy się, jak zawsze, umawiając na granice eksplorowanych terenów i dbając o wzajemne bezpieczeństwo. Tym razem nie było srebrzyście, a pola otulone były mgłami, które z jednej strony sprzymierzały się ze mną, a z drugiej nieco utrudniały widoczność. Podążałam zgodnie z planem zaglądając tu i ówdzie. Stanęłam na ścieżce pomiędzy tarninami. Po prawej gdzieś w oddali podniosła się zamyślona siuta, za którą podążały dwa koźlęta. Pomalutku ruszyła w stronę wsi. Znam tę rodzinkę. Obserwuję je od lata. Po lewej wśród mgieł jak grzyby po deszczu wyrósł mi niewielki rudel sennie poruszający się wśród traw. Nie poszłam jednak ku nim, bo ich obecność za linią wysokiego napięcia oznaczała, że to rewir mojego towarzysza łowów. Umowa jest umową i nic za wszelką cenę. Pomalutku odwróciłam głowę i osłupiałam. Gdzieś za mną na środku pola stał ogromny lis. Tak ogromny, że przez głowę przemknęła mi myśl, czy to aby na pewno lis. Zamarłam spoglądając ukradkiem w moją pancerną lornetkę. Czujny łowca jednak błyskawicznie ruszył ku tarninom, aby jak najszybciej zniknąć mi z oczu prezentując swoją zgrabną lisią sylwetkę. To ten sam ogromny pies, do którego mierzyłam o ćwierć sekundy za późno zeszłej soboty. Czuję, że to nie będzie nasze ostatnie spotkanie, a przeciwnik jest niewątpliwie zacny i nie będzie łatwo przechytrzyć tej rosłej mykity. Zobaczymy, co nam pisane… Zeszłam polem w dół wzdłuż tarnin wnikliwie obserwując okolice. Niewielka remiza powyżej była dziwnie intrygująca. Pomalutku przyczajona przesunęłam się w lewo, aby zajrzeć za nią i w tym momencie zamajaczyła mi się subtelna sylwetka. No widzi mnie! Co ze mnie za myśliwa… Bezszelestnie przesunęłam się z powrotem opracowując strategię. Zajść z drugiej strony czy przeczekać, bo może zejdzie? A jeśli mnie widziała, to być może już jej tam nie ma bo pomknęła w górę a mnie trajektorię jej ucieczki przesłaniają krzewy. Co robić? Zeszłam jeszcze niżej, aby ukryć się za mgłami i stopić ze ścianą lasu. A jakże, stała tam, a tuż za nią sennie przeciągając się wyszły dwie kolejne. Nie miałam kulochwytu, a one jak na złość spacerowały szczytem wzniesienia. Odwróciłam głowę – na sąsiednim wzniesieniu pojawiły się dwie kolejne. Od przybytku rozbolała mnie głowa. I które teraz wybrać? Iść za tymi na szczycie czy za tymi, które właśnie objawiły mi się dalej? Nie, tamte za daleko, te są w zasięgu. Jednak wybiorę tę niefrasobliwą trójkę. Odczekałam moment, gdy zniknęły mi z pola widzenia i pognałam z powrotem w górę. Ale były już w świetlistej mgle za linią energetyczną, a do mnie machał zza niej mój towarzysz łowów. Masz sarny tuż za tarninami, a ja wracam z powrotem w dół – szepnęłam w telefon i podążyłam w swoją stronę. Tamte w oddali już schowały się w tarninach, moja trójka w rewirze kolegi, a lis znowu zrobił mnie w konia. Niby wszystko w zasięgu, niby to takie oczywiste, a wcale nie jest tak łatwe jak myślałam, że będzie. Mleczne mgły rozświetliły się silnym słońcem. Wracaliśmy przez łowisko obserwując pola. Taka mała Japonia w naszym obwodzie – pomyślałam. Zupełnie jak magiczne plakaty Koichiego Sato, które pełne są mgieł i światła. Magia poranka, który utarł mi nosa.