Korona w zbożu

Najbardziej lubię łowy w środku nocy i witanie świtu w łowisku. Nieważne czy zalegam wygodnie na ambonie czy włóczę się samotnie wśród pól z bronią i pastorałem – powitanie nowego dnia w miejscach uroczych wycisza serce i dodaje nowej energii. Tym razem czekałam na tajemniczego kozła, który objawił mi się w przebłysku burzy zeszłego tygodnia. To nie jest łatwy i oczywisty przeciwnik, bowiem stary rogacz jest skryty – chadza własnymi ścieżkami. Nieufność każe mu trzymać się daleko od miejsc, gdzie hałasują ludzie, a wysokie łany pszenicznego złota kryją jego milczącą obecność.
Noc odchodziła pomalutku. Przysiadłam na mojej ulubionej ambonie, rozłożyłam wszystkie moje myśliwskie utensylia i otuliłam się kocem talizmanem, który należał do mojego Taty wsłuchując się w szepty zagajnika tuż za moimi plecami. Lubię ten moment tuż przed przebudzeniem natury. To jest dobry czas na myśli. Ciemne kształty zamajaczyły mi się gdzieś w oddali. Dziki? Spojrzałam w moją pancerną lornetkę. Te nieruchome baryłki to jedynie dzicza iluzja – krzewy lub wygniecenia w zbożu. A już miałam nadzieję… Ileż razy w ten sposób jawił mi się selekcyjny kozioł czy wataha dzików, które okazywały się zazwyczaj kępką krzaków przy precyzyjniejszym rozpoznaniu?
Ponownie odpłynęłam ku swoim myślom lecz z zadumy wyrwało mnie złowieszcze szczeknięcie od strony, z której spodziewałam się tajemniczego rogacza, jednakże po chwili ucichło. Najwyraźniej mój towarzysz łowów, który wędrował w tamtym rejonie za dzikami wyrwał go ze śródnocnej drzemki. Po niespełna kwadransie z lewej strony przy wielkiej połaci koniczyny rozległo się histeryczne szczekanie innego rogacza. W drodze na ambonę przebiegł mi drogę w towarzystwie trzech szaraków i najwyraźniej krążył nadal po okolicy. Wschodzące słońce rozświetlało barwnie horyzont, koziołki ucichły, a ja wygrzebałam z plecaka wabik. Pomału rozpoczyna się ruja, a koziołki w tym czasie odkrywają jak co roku miłosny amok. Zaczynają uganiać się za swymi rudymi oblubienicami. Wabik pisnął i po chwili zawtórowała mu w oddali stęskniona koza. Najwyraźniej rozbawiło ją moje nieudolne wabienie i postanowiła nauczyć mnie skutecznego mikotu. Odczekałam chwil kilka i zawabiłam tęsknie naśladując rozmarzoną siutę.
Słońce dotknęło promieniem pola i to był moment, gdy pszeniczny ocean nagle rozświetlił się złotem jak potargany aksamit miejscami objawiając wygniecione przez zwierzynę i ludzi ciemniejsze fragmenty. Wzięłam ponownie lornetkę i wtedy zobaczyłam w oddali tę ciemną koronę wystającą lekko ponad złocisty łan. Był daleko ode mnie, a jednak imponował siłą i wielkością mimo tak dużego dystansu. Ukoronowany łeb ruszył w stronę remizy przy linii wysokiego napięcia, ale to wciąż było bardzo daleko ode mnie. Na tyle daleko, że nie zaryzykowałabym oddania strzału. Nie strzelam na takie odległości, bo nie jest to rozsądne. Mogłabym zranić go i uszedłby gdzieś cierpiąc. Nie byłam pewna jak wyglądają te ogromne parostki – czy są regularne, czy przedziwnie asymetryczne, na co liczyłam. Ponadto ze zboża wystawała sama głowa, która co chwila zanurzała się w zbożu, aby wychylić się znowu kilkanaście metrów dalej. Chodź tu do mnie – wyszeptałam i ponowiłam mój niedoskonały mikot. Rogacz wychylił się znów i podążył w moją stronę, jednakże zatrzymał się przy remizie skubiąc krzewy. Moje serce prawie oszalało i wyskoczyłoby pewnie, gdyby rogacz zbliżył się do mojej ambony, ale on wciąż był za daleko… Chodźże tu… Magiczny mocarz znowu zmienił kierunek i począł oddalać się nurzając koronę w pszenicy. Mignął mi jeszcze na wzgórzu i milcząco zniknął na dobre. Próbowałam jeszcze przekonać go tym śmiesznym mikotem, ale nie powrócił. Nie pozostało mi nic innego jak tylko napić się ciepłej herbaty. Polowanie to loteria, a zwierzyna to materia nieprzewidywalna. Bywa, że na tego upatrzonego delikwenta czeka się długo, jednakże to oczekiwanie, emocje i obserwacja są niesamowitą frajdą. Dlatego za tydzień znowu tam wrócę i… Kto wie, co się wydarzy? Mam o czym myśleć.

Miśka Starowicz
#łowczynimetafizyczna