Temat wzbudzający znaczne emocje, również wśród osób niezwiązanych z myślistwem. Powraca ze szczególną intensywnością przy okazji kolejnych projektów zmian przepisów dotyczących zasad wykonywania polowania. Wydaje się, że istotny fakt umyka uwadze zarówno przeciwników, jak i zwolenników dalszych regulacji. Mianowicie taki, że w polskim prawie sprawa jest jednoznacznie uregulowana, i to od dawana. Przynajmniej od czasu wejścia w życie ustawy z dnia 21 sierpnia 1997r. o ochronie zwierząt, której art. 34.4.2 w pierwotnym brzmieniu stanowił „zabrania się uśmiercania zwierząt kręgowych przy udziale dzieci lub w ich obecności”. (W jednej z kolejnych nowelizacji przepis ten został zmieniony na „zabrania się uboju lub uśmiercania zwierząt kręgowych przy udziale dzieci lub w ich obecności”, co w kontekście udziału dzieci w polowaniach niczego nie zmieniło).
Zakaz uśmiercania zwierząt w obecności dzieci obowiązuje w Polsce od ponad 20 lat, i choć w wielu rozwiniętych państwach z większym poszanowaniem tradycji łowieckiej jest to ograniczenie nie do pomyślenia, to u nas wg tych zasad zdążyło już wyrosnąć pokolenie młodych myśliwych, obecnych 20-30 latków. Sprawa zasadności utrzymania tego ograniczenia to temat na osobną dyskusję.
Teraz rozmawiamy o pomyśle narzucenia zakazu udziału dzieci w polowaniach. Nie mówimy o pomyśle OBOWIĄZKU udziału wszystkich dzieci w polowaniach, bo nigdy takiego pomysłu nie było. Mówimy o sytuacji, gdy oboje rodziców dziecka chce, aby ich dzieci uczestniczyły w wydarzeniach łowieckich, często rodzinnych, tak jak często oni sami uczestniczyli ze swoimi rodzicami i dziadkami, ale nie mogą już robić ze swoimi dziećmi. No, chyba że wyjadą w tym celu na ferie na Słowację. Udział dzieci w polowaniu, adekwatny do ich wieku i rozwoju emocjonalnego, za wyraźną aprobatą rodziców jest ważnym fragmentem wychowania. Dla jednego dziecka będzie to pomoc w rozstawianiu tablic „Uwaga polowanie”, żeby pani z pieskiem na spacerku nie przestraszyła się hałasów w lesie, dla innego będzie to rozpalenie ogniska w deszczowy dzień czy praktyczna nauka tropienia zwierzyny na śniegu. Dla nastolatka może to być przedyskutowanie z dorosłymi sposobu ustawienia linii myśliwych podczas pędzeń w sposób bezpieczny przy danych warunkach. Rozumiem, że ignoranci mogą tego zwyczajnie nie wiedzieć, ale jedno polowanie zbiorowe to często dziesięć i więcej godzin poza domem, podczas których cały czas obcujemy z przyrodą, a ze zwierzyną może kilka minut, z czego ledwie sekundy to sytuacje w których możliwe jest oddanie strzału do zwierzyny łownej. Jako odpowiedzialny rodzic, mogę najzwyczajniej tego jednego strzału nie oddać, jeśli mam wątpliwość, że dziecko moje czy któregoś z kolegów jest w pobliżu. A na następny raz zaaranżować udział dzieci w taki sposób, by do takiej sytuacji nie dopuścić.
Nie widzę niczego zdrożnego w zabieraniu przez ojca kibica dzieci na mecz piłki nożnej. Nie zakładam, że będzie on angażował siebie i dzieci w nielegalne chuligańskie bójki. Przeciwnie. Zakładam, że jako odpowiedzialny rodzic wykorzysta swoją wiedzę i doświadczenie życiowe, żeby, będąc z dziećmi, w pobliżu takiej sytuacji nigdy się nie znaleźć. Nie lubię chodzić na mecze, ale to nie powód bym żądał zakazu udziału w meczach dzieci, dla których rodziców uczestnictwo w rozgrywkach ligowych to ważna rzecz.
Zmiany dokonanej w 2018 roku w ustawie Prawo Łowieckie, która zakazuje udziału dzieci w polowaniach nie należy rozpatrywać wyłącznie jako kolejnego etapu walki z łowiectwem, do której tym razem przeciwko myśliwym zostały wykorzystane ich własne dzieci. Konsekwencje są znacznie dalej idące. Bo ojciec, który dwa lata temu mógł zabrać dorastających synów o świcie do lasu by razem wrócić pełni wrażeń na późny wieczór do domu, teraz ma dylemat – może pójść w łowisko sam, rezygnując z wychowywania własnych dzieci w zgodzie z jego przekonaniami i zostawić je przy komputerze, albo zerwać z pokoleniową tradycją i odwiesić strzelbę na kołek.
„Mimo wszystko optymista”
Ileż to przedeptałem dróg.,
ile pól przemierzyłem krokami.
Na pewno nie wszystkie wymienić bym mógł.
A ile ich jeszcze przed nami
Z którego łanu buraków zalśni mi bażant złoty
Z jakiego bagienka podniesie się kaczka.
I czy jeszcze wystarczy myśliwskiej ochoty
i nie rozpadnie się łowiecka paczka.
Każdego roku to już inne pola,
a maleńki zagajnik staje się lasem.
I tylko jednaka ta myśliwska dola,
która satysfakcję przynosi już tylko czasem.
To nic, że czasami już zmęczą się nogi
i co raz cięższa staje się broń.
Jeszcze to chyba nie powód do trwogi
choć biel już dokładnie pokryła skronie.
Nie trudno jeszcze zerwać się o świcie
nim się ukaże nad horyzontem słońce.
W porannej rosie zmoczyć się obficie.
Wszak myśliwy, znaczy optymista bez końca.
Autor wiersza – Kazimierz Ciążela
Obraz – „Drewno” – Iwan Szyszkin




