Czarna


Wydawałoby się, że po 20 latach traktowania myślistwa jako styl życia, kolejne rykowisko to tylko kolejna przygoda, która przyniesie mniejsze lub większe emocje, no i może odrobinę spełnienia, może właśnie to ten będzie tym życiowym bykiem…? Trudno domagać się od Św. Huberta większej hojności mając na rozkładzie trofeum o masie blisko 10 kg. Nie mniej jednak, czułem, że to będzie wyjątkowy wrzesień.
Kiedy dostałem do ręki odstrzał od Artura – łowczego, dotarło do mnie, że już jest bardzo wyjątkowy. Nie z uwagi na to, że to mój pierwszy byk w tym kole, lecz dlatego, że będę miał okazję przejść ścieżkami, wekslami, dukatami, które podczas swoich polowań przemierzał myśliwy o ogromnym dla mnie łowieckim autorytecie, od którego dane mi było przez wiele lat naszej znajomości, czerpać wiedzę, wsłuchując się w opowieści podkreślone niezwykłą finezją i pasją.
Janusz był człowiekiem o wielkim sercu, niebywałej zdolności przyciągania ludzi oraz miłości do życia, widocznej w każdym zakątku ciepłej i mądrej twarzy… Tak zapamiętałem Go po śmierci, w roku 2012.
30 sierpnia, poranne polowanie – „Czarna”!
Potraktowałem to wyjście jak przywitanie się – swoiste Dzień Dobry dla uroczyska, w którym Jasiu przebywał dość dużą cześć swoich polowań w tym obwodzie. Stąd też pochodzi jego wspaniałe trofeum, jeden z najpiękniejszych wieńców jeleni, które kiedykolwiek widziałem, a miałem okazje oglądać całą masę bieszczadzkich oraz warmińskich byków podczas ocen prawidłowości odstrzału. W duchu była nadzieja, że to właśnie w tej okolicy przepięknego obwodu „powalę” mojego byka tego roku.
Rykowisko zaczęło się raczej zwyczajnie, normalnie, nic nie wskazywało na jego nieregularny przebieg. Podchodząc z ogromną pokorą do każdego polowania i obcowania z przyrodą, uświadomiłem sobie, że czeka mnie jeszcze poznawanie terenu. Pomimo dziesięciu lat stażu w tym kole, nie miałem okazji polować w rykowisko, a wiadomo, że ten spektakl łamie często wszelkie zasady i możliwość wykorzystania zebranych doświadczeń. Warto by poczekać, aż jelenie będą „na dobre” się odzywać – pomyślałem, ale czy w ogóle tak będzie? No właśnie, przecież to nie jest regułą… Mit przymrozków już dawno obaliłem, i choć uwielbiam korzystać z doświadczeń kolegów, słuchając opowieści o najgłośniejszych miłosnych pieśniach podczas mroźnych poranków, uważam, że nie mają one aż takiego znaczenia. Potwierdziło się to niejednokrotnie, kiedy strzelałem zwabione, ryczące byki wręcz w upalnej aurze.
Pierwsze porykiwania było słychać już 26 sierpnia, w najbardziej niedostępnych zakątkach obwodu. Po nich właśnie zorientowałem się gdzie warto nieco dalej się zapuścić. Z początkiem września zaczęły się już poważniejsze „dyskusje” między rywalami… Pierwszy, którego udało się zobaczyć, opanował łąki na Holendrach. Dwunastak obustronnie koronny, będący przeciętnym bykiem, którego w świetle obowiązujących kryteriów selekcji, można było strzelić bez obawy o czerwony punkt. Jedna z odnóg w koronie nie miała wymaganych 5 cm, a wiele cech wskazywało na byka 7-8 letniego. Tymczasem następnego ranka, długo przed wschodem słońca, wsłuchiwałem się w odgłosy dwóch byków, które zdecydowanie miały ze sobą jakieś porachunki. Po spotkaniu z kolegą, ustaliliśmy, że on podchodzi tego starszego. Mnie przypadł podchód w stronę „zgryzowego”, w pobliżu którego ryczał ten drugi. Kierunek wiatru pozwolił na szybkie przybliżenie się do niego, a przebijające przez delikatną mgłę dżdżystego poranka światło, dało możliwość oceny sytuacji. Jakież było moje zdziwienie kiedy na polu zobaczyłem samotnego byka, który jeszcze wczoraj był dumnym samcem z piękną damą. Jego pieśni zdecydowanie głosiły przegraną, nocną walkę i utratę partnerki. Widziałem go przecież wczoraj w jej towarzystwie, w zupełnie innym miejscu. Długo trwające żale, wydobywające się z potężnego gardła, umożliwiły zrobienie kilku zdjęć, nakręcenie filmu aby uwiecznić piękną chwilę i osobnika.
Minęło kilka dni, przez które rykowisko zdecydowanie się nasiliło. Stanąłem w środku lasu, na asfaltowej drodze. Nocną ciszę przerywały odgłosy pięciu byków, z których jeden przybliżał się w moją stronę. Postanowiłem, że tego właśnie byka postaram się obejrzeć, jak tylko słońce da taką szansę. Jego pewność siebie, bezwzględnie słyszana w głosie, uświadamiała, że prowadzi ze sobą „rodzinkę”. Jelenie przeszły przede mną kilkadziesiąt metrów stukając badylami o asfalt. Totalna ciemność! Nic nie byłem w stanie zobaczyć. Pozostała próba podchodu na łące, w kierunku której zmierzała chmara. Kiedy rozjaśniające się niebo umożliwiło ocenę byka prowadzącego 3 łanie z cielakami, nie dowierzałem w to co widzę? Po raz trzeci, w przeciągu zaledwie 5 dni, zobaczyłem tego samego dwunastaka! Zdumiony, jak aktywnym bykiem jest ten osobnik, potraktowałem to jako spore, nowe doświadczenie. Kiedy w następnych dniach zdecydowanie oddaliłem się od jego rewirów, podchodząc dwa zrykujące się, jak ja to nazywam, byki, w rejonie bagna na Ujnach, już kompletnie zwątpiłem… Stojąc od niego około 40m, śmiejąc się wręcz w głos, zza świerka kręciłem kolejne filmy i robiłem zdjęcia. Sceneria przepiękna! Spokojne łanie, dwa kąpiące się szpicaki – widoki niebywałe. Przeszła mnie radosna myśl, że ten byk po prostu mnie prześladuje. Po tym porannym wyjściu, zapadła decyzja o powrocie na Czarną, żeby sprawdzić co się tam w ogóle dzieje? Spotkałem tam przecież niedawno 4 łanie na łąkach, które swym sprytem dały znać partnerowi, uniemożliwiając mi jego ocenę. Kolejnego ranka się udało. Bardzo regularny dziesiątak obustronnie koronny, jakby wiedział, że pomimo przecięcia się naszych skomplikowanych dróg dosłownie „ocierając” się o siebie, nic mu nie grozi. Z kilkunastu metrów dał ocenić się doskonale. Tego samego dnia, wieczorne wyjście na Hutę, okazało się kompletnym niewypałem. Trudno powiedzieć co było przyczyną, że tego roku, w tym właśnie rejonie nie było rykowiska? Może, tak jak mówią niektórzy koledzy – wilki? Fakt, że ów aktywny dwunastak, został strzelony przez kolegę, wyjaśniał by tę ciszę, niczym żałoba. Rewiry, które przemierzał zamilkły na kilka dni. Miałem okazję zobaczyć go z bliska po strzale, by przekonać się o jego niezwykłej aktywności. Cała tusza zrogowana, a przebity na wylot grzbiet, był dowodem na cudem przeżytą walkę z rywalem.
Ponownie wróciłem na Czarną. Przez kilka kolejnych ranków i wieczorów, doskonale poznałem teren, odkrywając miejsca, w których niegdyś zasiadał Jasiu. Do tej pory, na bagnistym nieużytku, stoi postawiona przez niego zwyżka. Ryczały tam w sumie 3 byki. Jeden, znany mi już dziesiątak, miał w zasadzie codziennie tę samą drogę wędrówki, którą oczywiście wyznaczały mu partnerki. Dwa inne pozostawały zagadką. Jednego byłem bardzo ciekawy, ponieważ jego „odzywki” ewidentnie wskazywały, że jest dość leciwy. 15 września, rano, słysząc go na lesie, jeszcze w totalnych ciemnościach zacząłem podchód. Niestety stary byk, po pierwszym promyku światła na niebie, zamilkł niczym duch. Na darmo były moje próby prowokowania go do podjęcia „dialogu”, a więc został mi dziesiątak i nieznany do tej pory byk, ryczący dość marnie, lecz często. Słońce było na tyle wysoko, by swobodnie poruszać się w leśnych gęstwinach, przez co szybko zbliżyłem się do jeleni. Okazało się po chwili, że Ci „panowie” mają do siebie jakieś „ale” i wracając na dzienną ostoję tą samą drogą, próbują wyjaśnić sobie kilka kwestii. Skorzystałem w tej sytuacji z ich jeszcze większej nieuwagi i szybko znalazłem się przy byku, którego w ogóle nie znałem. Płosząc całkiem niechcący po raz drugi jego łanię, ze względu na kręcący wiatr, widzę wreszcie sylwetkę. Rzadka drągowina sosnowa, stojący na niej byk w odległości około 80m, dając prawy bok do czystego strzału, pełne światło, to już maksimum o czym może marzyć myśliwy żądny obalenia zwierza, ale… Zawsze musi być jakiś drobny niuans! Jego wieniec na skierowanym w moją stronę potężnym łbie schował w liściach niewielkiego dębu, który nie wiadomo skąd i po co się tam wziął? Kiedy byk ruszył, w moje oczy rzuciła się ogromna widlica na prawej tyce. W tym momencie było już za późno na strzał, pomimo natychmiastowej decyzji o chęci jego oddania. Byk lekkim kłusem odszedł jakieś 100 m dalej i stanął w kępie świerków, dając jedynie klatkę piersiową, którą złapałem w światło lunety i pociągnąłem za spust. Echo po wystrzale zagłuszył dźwięk upadającego jelenia. Nauczony doświadczeniem, natychmiast przeładowałem broń i ruszyłem żwawym krokiem w stronę zdobyczy. Byk nie zdołał spisać jeszcze testamentu. Patrząc na jego poruszającą się sylwetkę, obawiałem się że to jeszcze za wcześnie na radość z sukcesu. 50 m przede mną byk zrywa się i z łbem przy ziemi próbuje uchodzić, po czym znów pada i przewraca się na grzbiet. Widząc badyle w górze oceniam, że to ostatnie tchnienie, po czym byk znowu zrywa się z ziemi i pełnym pędem podejmuje kolejną próbę ucieczki. Tym razem błyskawiczna decyzja i strzał łaski! Zwierzę pada ostatecznie, a ja wreszcie mam szansę na oddanie hołdu i ocenę wieńca. To co widzę, rzuca mnie na kolana! Łamiąc ostatni kęs, patrzę w niebo i nie wiem komu pierwszemu dziękować? Św. Hubertowi czy Jasiowi? Przecież tę widlicę sam sobie wymarzyłem, i to w tym właśnie miejscu? Skąd wiedziałeś – pytam w myślach? Przepiękny, wieczny dziesiątak leży przede mną, niczym pomnik myśliwskich trudów. Jego pech, moje szczęście…
Strzał słyszeli koledzy – Krzysiek z Andrzejem, którzy prędko spieszyli z pomocą w dalszych obowiązkach. Były gratulacje, zdjęcia, objęcia… i dużo śmiechu przy szukaniu wartościowych sprzętów pogubionych w emocjach, w trakcie gonitwy za zwierzęciem. Cóż znaczyłoby nasze myśliwskie życie bez wspomnień, zdjęć i opowieści, gdyby wszystko kończyło się tak zwyczajnie – pomyślałem?
Tusza ważyła 194 kg. Wiek byka, wstępnie oceniłem na 9 lat. Wieniec raczej bez problemu powinien zdobyć brązowy medal, ale dla mnie, najważniejsze i najcenniejsze jest spełnienie marzenia o byku z „Czarnej” !

Autor: Michał Dryndos

Obraz: Albert Bierstadt – Light in the Forest