Ludzie żyjący swoją pasją – łowiectwem przedstawiają je w sposób patetyczny, wzniosły i wyidealizowany.
Myśliwi rozmawiający ze znajomymi, którzy nie wiedzą czym jest łowiectwo, chwalą swój sposób życia, przebywanie na świeżym powietrzu, na łonie natury; dają skosztować kiełbasy z dzika, szynki z jelenia, zachwalają smaki lasu. Zazwyczaj pomijają jednak, że muszą również posiadać umiejętności umożliwiające obchodzenie się z upolowaną zwierzyną zaraz po strzale. Zapewne chcą oszczędzić słuchaczom krwawych szczegółów wiedząc, że wszyscy żyją już w bańce informacyjnej tworzącej idylliczny świat stoisk mięsnych zaprojektowanych tak aby nie były powiązane ze zwierzętami jako takimi, to po prostu mięso i tyle.
Czy warto burzyć czyjś światopogląd narażając się na odrzucenie i niezrozumienie opowiadając dawno wyparte ze świadomości społecznej rzeczy?
„Spojrzenie od kuchni
Każda pasja czy silna namiętność może człowieka zaprowadzić dalej, niż iść zamierzał, lub postawić w sytuacji, której nie mógł przewidzieć. Tak jest i z pasją myśliwską.
Pomyślałem sobie o tym patrosząc w czasie rykowiska drugą sztukę grubej zwierzyny tego samego dnia.
Któż z adeptów myślistwa, biorących po raz pierwszy strzelbę do ręki, pomyśli o tej stronie medalu? Przysłowiowe piękno przyrody, wschodzące czy zachodzące słońce, umiarkowany i bardzo zdrowy wysiłek fizyczny, przemyślność w tropieniu śladów – to są czynniki wiążące nas coraz silniej z ukochanym łowiectwem, ale… patroszenie?
A tymczasem nieraz uniknąć tego nie można i wcale nie jestem pewien, czy unikać należy. Natomiast pewien jestem – trzeba to umieć robić, i to dobrze.
Nigdy nie zapomnę widoku sympatycznego skądinąd kolegi, który strzeliwszy rano, przed ciepłym dniem, łanię, musiał się zabrać do jej patroszenia. Poszedłem na odgłos strzału i zastałem go przy tej robocie. Spryskany był farbą od czoła po czubki butów. Parsknąłem śmiechem.
– Czego ryczysz? — warknął na mnie, podnosząc znad krwawej czeluści wściekłe oczy. – Nie jestem rzeźnikiem, nie umiem.
– To się naucz!
Z trudem wyprostował zgięty krzyż, mełł w ustach przekleństwa.
– Nigdy tego nie robiłem, zawsze ktoś się znalazł.
– Aż dopiero dzisiaj…
– Musiałem, robi się gorąco. Zaparzy się, zanim dojdę do leśniczówki. A jeśli nikogo nie zastanę? Pomóż mi.
Poprawiłem ułożenie lani, przytrzymałem tylne badyle, pokazałem celowe cięcia. W dwadzieścia minut była gotowa. Przykryliśmy tuszę gałęziami, do wystudzenia.
– No tak, to trzeba umieć – sapnął, ocierając pot z czoła i rozmazując krwawe ślady.
– A trzeba – uśmiechnąłem się – tylko wiesz co? Będziemy przechodzić koło rzeki – umyj się. Jakbyś się tak między ludźmi pokazał…
Myślę, że w jego łowieckiej praktyce ten dzień był dosyć ważny.
Wspominam o tym, zdając sobie sprawę, że to tylko mały problem „kuchni” myśliwskiej, przez którą nie wpuszcza się gości. A przecież tak jak mieszkanie bez kuchni, tak i myśliwy spijający z łowiectwa tylko pięknie pachnący miód – budzą istotne zastrzeżenia.
W płaszczyźnie psychicznej traktuję myślistwo jako doskonały czynnik przeciwwagi dla naszego diablo skomplikowanego życia, jak kąpiel ożywczą mózgu spracowanego rozwiązywaniem tych samych od czasów pierwszej zorganizowanej społeczności problemów.
Myślistwo było przedtem, pierwszy myśliwy polegał tylko na sobie, jeśli więc to anteuszowskie dotknięcie ziemi dla odzyskania sił ma odnieść skutek, niechaj to będzie dotknięcie pełne, bez obawy zabrudzenia rąk farbą naszej zdobyczy.
Kogo zaś nie stać na rozpięcie swoich przeżyć myśliwskich w najszerszych granicach, od prymitywu ludzkiego bytowania aż po subtelne wrażenia estetyczne – niech lepiej rzuci polowanie.
W przeciwnym razie będzie albo zakłamanym przed sobą pięknoduchem, albo… rzeźnikiem”.
Fragment książki: „Przyniesione z lasu” – Jan Edward Kucharski
Ilustr. „Po polowaniu” Winslow Homer – olej, płótno



