Domator na polu

Częste przebywanie w łowisku pozwala na obserwowanie zwierząt dziko żyjących ale również zwierząt domowych, które zawdzięczają ludziom karmę i schronienie. Jednak jakiś dziwny zew popycha je czasami do opuszczenia zagrody i poznania smaków dzikiego życia. Czy są intruzami w środowisku, polują na zwierzynę, szkodzą gospodarce łowieckiej? Pytań może być znacznie więcej i bardziej złożone, chociażby te o łączenie się w pary zwierząt dzikich i domowych. Możliwe, że w przyszłości będzie ciężko rozpoznać psa od wilka lub szakala. Wszystkie aspekty wynikające z ubogacenia łowisk w nowe zwierzęta (hybrydy) może rodzic trudne do przewidzenia konsekwencje.
Co się stanie jak presja myśliwska pozwoli zaniknie?

Okiem myśliwego w 1980 roku wyglądało to tak:
„Nocą jakiś mizerny szarak podszedł pod chałupy, opisał na śniegu wszystkie swoje wahania i wątpliwości, skubnął parę razy wiecheć słomy z opatulonej jabłonki i pokicał spokojnie w pole.
O świcie wyszedł z budy duży pies, zwietrzył świeży trop zająca i postanowił zapolować na śniadanie. Ujrzałem go już pod ujejskim lasem, kiedy gorliwie przetrząsał krzaki nad rozlanym w tym miejscu strumieniem Widocznie stracił ślad i nie mógł się zdecydować na miejsce przeprawy.
Surowe prawo myśliwskie mówi: psa bez pańskiego spotkanego w polu należy strzelać. Będzie to z reguły kłusownik wyrządzający co roku ogromne szkody pośród młodych zajęcy, saren i innej drobnej zwierzyny. Przed sobą miałem takiego specjalistę. Zacząłem podchodzić pod osłoną rzadkich zarośli olszyn i głogów.
Był lekki mróz, sypki śnieg z dźwięcznym szmerem osypywał się w moich śladach. Jeszcze dwieście metrów, jeszcze sto – w tej chwili pies ostro poderwał łeb, skulił ogon pod siebie i w szalonej panice skoczył. Był to wielki płowy kundel o wzroście alzackiego owczarka. Rwał w stronę chałup omijając mnie szerokim łukiem, parskał z przerażenia i skomlał jak bezradny szczeniak wyrzucony z koszyka. Pryskający w górę śnieżny pył migotał przez chwilę w pierwszych promieniach słońca. Patrzyłem za żałosnym uciekinierem, aż znikł mi za jakąś wyniosłością gruntu.
Ten sam pies spotkany przy swoim domu na pewno oszczekałby mnie energicznie, doskakiwał do nóg, niebaczny na żaden kij czy strzelbę. W polu jednak uciekał jak ostatni tchórz, nie zatrzymał się nawet w bezpiecznej odległości, nie wyszczekał żadnego protestu. Miał nieczyste sumienie? Być może, na pewno tam na tropie czuł się nie na swoim miejscu. Wychodząc o świcie z ciepłej budy na świeżą drabinkę zajęczego śladu, musiał odczuwać, że popełnia jakieś przestępstwo. Przy swojej zagrodzie potrafił być bohaterem, tu, w polu, nie miał czego bronić i stawał się tchórzliwym łotrzykiem, uciekającym przed każdym człowiekiem w poczuciu swojej winy. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać wałęsającego się w polu psa, który by na widok człowieka nie uciekał w popłochu”.

Na podstawie opowiadania z książki „Przyniesione z Lasu” autorstwa Jana Edwarda Kucharskiego.
Obraz olej na płótnie 96,5 x 132 cm – Paulus Potter „Pies na łańcuchu” 1650 rok.