„Krwawa Ekologia”

Co by się stało, gdyby nie było myśliwych?
Z ekonomicznego punktu widzenia ogólny wpływ łowiectwa na gospodarkę, to pewnie dobrych kilka miliardów złotych (sprzedaż broni i amunicji oraz mięsa plus wszelakich akcesoriów, czasopism, książek, zezwoleń, wartość różnych składek i opłat, wypłaty odszkodowań i spłaty dzierżaw oraz wiele innych przepływów finansowych związanych z myślistwem). Zaprzepaszczenie ważnego elementu polskiej tradycji to z kolei dotkliwa strata dla kultury. Ale co by się działo w przyrodzie? Troszkę światła na ten problem pada w miejscach, gdzie myśliwi zastępowani są przez ekologów zajmujących się „krwawą ekologią”.
Należy w tym miejscu wyjaśnić, że nie należy utożsamiać gospodarki łowieckiej z działalnością „ekologów”, rozumianych jako grupa aktywistów antymyśliwskich. Niezaprzeczalnym faktem jest, że myśliwi ingerują w liczebność populacji za pomocą broni palnej; jednak odbywa się to z poszanowaniem dla zwierząt, okresów ochronnych, zachowaniem tradycji a tusze i futra pozyskanych zwierząt są pożytkowane. 
Inaczej jest w przypadku „krwawej ekologii”, pojęcie to dotyczy obrońców praw zwierząt oraz organizacji ekologicznych, oznacza rozwiązywanie problemów ekologicznych za pomocą broni palnej i pułapek. Nastawione jest wyłącznie na osiągnięcie celu przez eliminację określonej grupy zwierząt.
W działalność organizacji ekologicznych wpisana jest ideologiczna walka z łowiectwem, które ma być zastąpione przez planowe i „etyczne” działanie organizacji pozarządowych. Czy chodzi wyłącznie o dobro przyrody, czy jest to cyniczna walka o pieniądze?
Na wyspach środkowej Wisły w latach 2012–2013 postanowiono zlikwidować norki amerykańskie i lisy dokuczające gniazdującym tam ptakom siewkowym. Rozpisano projekt na kwotę ponad 270 tys. zł i mimo że wspomniane wyspy znajdowały się w granicach obwodów łowieckich kół, myśliwym zakazano na nie wstępu. Norki i lisy odławiano w pułapki, a następnie usypiano. Przez okres trwania eksterminacji złowiono 45 norek i 3 lisy. Łatwo można wyliczyć, że zlikwidowanie jednego drapieżnika kosztowało w ramach tego projektu ok. 5,7 tys. zł, czerpanych ze środków publicznych. A gdyby zwrócono się do myśliwych, zrobiliby to za darmo albo za 50 zł od ogonka norki, jak to się dzieje z ogonkami lisów w ostojach cietrzewi i głuszców. Czyli zamiast maksymalnie 2,4 tys. zł za 48 drapieżników, po 50 zł od ogonka, wydano ponad 100 razy więcej, by norki zabił ekolog, a nie myśliwy. Ekolog dostawał premię z funduszy publicznych, myśliwy zaś za odstrzał tych samych zwierząt musiałby wnieść opłaty od dzierżawionego terenu, zwane tenutami, i składki do koła łowieckiego. Ot, taka ekonomiczna ciekawostka. Na dodatek myśliwy strzelałby do drapieżników poza ich okresem rozrodczym (chociaż norka nie podlega okresowi ochronnemu), a ekolodzy odławiali je przez cały rok, nawet wtedy, gdy na pewno miały one potomstwo zdane na opiekę rodziców. Ze sprawozdania z tych badań wynika, że 62% norek amerykańskich odłowiono od początku kwietnia do końca czerwca. A to jest dodatkowa ciekawostka ekologiczno-etyczna. Oczywiście pułapki powodują mniejsze zamieszanie niż strzały – i to stanowi ważny argument przemawiający za pułapkami – ale drapieżniki żyją na wyspie przez cały rok, także poza sezonem rozrodczym ptaków, kiedy strzały byłyby dla nich praktycznie obojętne.

Jest to zaledwie jeden mały przykład. Wystarczy odrobina wyobraźni aby uprzytomnić sobie los innych dzikich zwierząt i kosztów z tym związanych.

Na podstawie książki: „Hipokryzja nasze relacje ze zwierzętami” – Andrzej G. Kruszewicz

Grafika: Paweł Kuczyński „Hipokryzja”