Wiesław Krawczyński w swojej książce „Łowiectwo” wydanie z 1947 roku, wykazuje ewidentne różnice pomiędzy myślistwem a sportem, jako z goła odmiennymi pojęciami.
„Nie twierdzę, że każdy młodzian wprowadzony w okrąg myśliwskich uroków będzie hołdował sprawie łowieckiej. Wielu młodzieńców okaże nawet raczej pociąg ku sportowi. Ale właśnie o to chodzi. Niech się wyłoni samorzutnie wyraźny dobór, co kto woli: myślistwo – czy sport. I niech przy myślistwie pozostaną tylko ci, w duszy których tkwi niepokonana, silnie pulsująca, żyłka myśliwska”; oni już potrafią nieść szczytnie sztandar św. Huberta ku dalszej chwale łowiectwa. Inni, ku temu niepowołani, niech się zwrócą ku sportowi. Bo moim zdaniem między tymi obu pojęciami zachodzi zdecydowana różnica. Na tym tle istniała zawsze pewna rozbieżność zapatrywań.
Sport jest uprawiany dla wyrobienia sił fizycznych, głównie jednak dla wydoskonalenia pełnej sprawności w wytkniętym kierunku danego sportu. Ale jako zasadniczy cel istnie je zawsze cecha współzawodnictwa i dążność do zwycięstwa rekordowego. Przy sporcie chodzi z reguły o palmę pierwszeństwa. o górowanie jednej partii ponad drugą. Wszak udowadniają to wszelkiego rodzaju mecze, olimpiady i zawody sportowe.
W myślistwie dzieje się, a przynajmniej dziać się powinno, zupełnie inaczej. Zahartowanie fizyczne, regeneracja organizmu – są dążnościami i tutaj. Ale nigdy, jako ostateczny cel, nie powinien zachodzić jakikolwiek rekord. Odwrotnie prawidłowy myśliwy czuje się na łowach doskonale nawet wtedy, jeżeli św. Hubert nie darzy go dzisiaj obfitym spotkaniem. Bo inne uroki łowów są daleko mocniejsze niż sam strzał, choćby nawet rekord. Kto poluje li tylko dla sportu, komu zależy tylko
na tym, ażeby oddać jak największą ilość strzałów i ubić największą ilość zwierzyny, ten z prawidłowym myślistwem ma małą wspólnotę. Nie byłoby żyłki myśliwskiej, nie byłoby tego zapaleńczego prądu, gdyby nemrod nie zdradzał ochoty do spotkania ze zwierzem i powalenia go celnym strzałem; bo to stanowi główny cel wyprawy myśliwskiej; ale pragnienie górowania nad innymi towarzyszami, a szczególnie chęć rekordu i powalenia najpoczytniejszej ilości zwierzyny, nie jest i nie może być ani cechą, ani celem prawidłowego myśliwca.
Strzelanie do tarczy, gdzie chodzi o pozyskanie największej ilości celnych punktów, strzelanie do rzutków, gdzie zamierzamy również osiągnąć zwycięstwo przez rozbicie najpokaźniejszej liczby wyrzucanych przez maszynę glinianych krążków przy ustalonej ilości strzałów, – to jest typowy sport; on nie ma jednak z myślistwem żadnej łączności. Natomiast podchód ryczącego na zboczu górskim jelenia, którego śledzimy z zapartym tchem nieraz i dni kilka, zaskakiwanie o świcie tokującego głuszca, a choćby strzał do zygzakującego kszyka, wyruszonego na bagnie – to jest myślistwo całą, gębą.
I jak porównać z tym np. sport piłki nożnej, prowadzony na jakimś wilgotnym nieużytku, a choćby na udeptanym boisku, po którym ugania bez tchu kilkunastu młodzieniaszków, aby kopnąć co rychlej martwą piłkę, podczas gdy tysiące widzów ryczy opodal na kilka tonacji, zależnie od tego, czy zachęca walczących, lub pragnie skarcić ich niefortunne posunięcia. Jak to porównać z myślistwem kniejowym, gdzie całe tło wspaniałej przyrody, cudna gra barw, niezamącona cisza, jednostajny ruch ciała w najzdrowszym powietrzu i nastrój oczekiwanych wypadków, przenosi polującego w krainę niezapomnianych wrażeń. Jak porównać sport boksu, przy którym nierzadko zęby wypadają, z myślistwem, pełnym uroku i poetyckich nastroi? Nie mając zgoła zamiaru ubliżać któremukolwiek z przytoczonych sportów, śmiem twierdzić, że w żadnym wypadku nie ma porównania, bo sport dla sportowców, a myślistwo dla myśliwych”.
Juliusz Kossak
Maurycy Potocki na polowaniu.
Ok. 1845. Akwarela, gwasz. 29,3 x 37 cm.
Muzeum Narodowe, Warszawa.



